Nie znam się na ekonomii, polityka za bardzo mnie nie interesuje, jak dobrze i przystępnie został zatem nakręcony „Szwindel: Anatomia kryzysu”, skoro wszystko zrozumiałem i wytrwałem do końca z własnej nieprzymuszonej woli? Nie dziwi Oscar dla najlepszego filmu dokumentalnego i długaśna lista nominacji i pomniejszych nagród – na wszystkie te wyróżnienia dzieło Charlesa Fergusona zasłużyło.
Co jest siłą tego filmu? Przede wszystkim to, że reżyser nie kręcił swego dzieła „pod ekonomistów” (choć nie brakuje terminologii, która dla przeciętnego zjadacza chleba brzmi jak język obcy), że wyjaśnił (ustami narratora Matta Damona) wszystko po kolei, starannie, skrupulatnie i możliwie najprościej jak się dało. Jakby tego było mało, materiał został tak zrealizowany, że oglądamy go jak świetny kryminał o przekręcie: akcja przenosi się w różne zakątki świata (USA, Wielka Brytania, Islandia, Francja, Chiny), wypowiedzi szefów korporacji i polityków komentują ekonomiści z najwyższej półki, montaż przypomina raczej ten z filmów fabularnych. Poszczególne zdarzenia i wypowiedzi z czasem układają się w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, zaczynamy dostrzegać bezduszną politykę wielkich korporacji (które de facto są bezkarne i decydują o losach całych państw) i krótkowzroczność niektórych instytucji państwowych. Osąd zaś – w przeciwieństwie do chociażby Michaela Moore’a – reżyser zostawia nam. Choć, niestety, jasno wynika ze „Szwindla…”, że możemy sobie osądzać i krzyczeć, a korporacje i tak zrobią to, co będzie leżało w ich interesie…
Jan
|