PSYCHO-THRILLER – TO JEST TO!

wywiad z Mariuszem Grzegorzkiem
Łukasz Maciejewski: „Jestem twój” trafia do kin równo rok po pierwszym pokazie na festiwalu w Gdyni.

Mariusz Grzegorzek: Kolejna lekcja pokory. Wprawdzie zawsze miałem problemy z dystrybucją, ale tym razem zapowiadało się, że będzie inaczej. „Jestem twój” znalazł dystrybutora już na etapie produkcji, po ukończeniu filmu przyszły dystrybutor zareagował wręcz entuzjastycznie, ale równie szybko – i nieoczekiwanie – wycofał się... Brzmi to bez sensu, ale tak właśnie było. A ja nie chciałem niczego negocjować na siłę, uznając, że wymuszona dystrybucja będzie niekorzystna dla każdej ze stron. W tym czasie film został pokazany na kilkunastu festiwalach na świecie, zebrał wiele bardzo dobrych recenzji, cieszę się, że w końcu będzie wyświetlany w polskich kinach.

Ł.M.: Na niewielu kopiach…

M.G.: Kto chce, ten zobaczy. Nie jest łatwo i tak musi być. Zdaję sobie sprawę, że tylko w wyjątkowych sytuacjach udaje się stworzyć coś bardzo osobistego i odważnego, co nieoczekiwanie staje się przebojem mainstreamu. To na przykład przypadek fenomenu popularności zespołu Portishead czy Antony and the Johnsons. Realizując „Jestem twój”, czułem, że będą kłopoty, nie sądziłem jednak, że wielomiesięczna męczarnia z poszukiwaniem dystrybutora tak mocno mnie zdołuje. W tym momencie ścierają się we mnie dwa żywioły: z jednej strony lamenty i wątpliwości hermetycznego egomaniaka (po co było robić ten film?), który samozwańczo namaścił się na artystę; z drugiej – poczucie sensu, gdy pojawia się kolejny widz, który obejrzał „Jestem twój” i idealnie wyczuł wszystko, co chciałem w tym filmie powiedzieć, i przeżył to bardzo mocno. Nie jestem megalomanem, nie kręcę dla siebie i rodziny, zależy mi na spotkaniu z widzem. I wiem, że film znajdzie swoją publiczność. Poza tym, na pewnym poziomie, „Jestem twój” to kino niemal obrzydliwie konwencjonalne.

grzegorzek 2

Ł.M.: Obserwowałem reakcje na festiwalu w Gdyni. Niby wszystkim „Jestem twój” się podobał, byli jednak skonfundowani. Że jest jakiś taki dziwny. Nie pasuje. Nie pasujesz.

M.G.: Źle znoszę klimat festiwalu w Gdyni. Za każdym razem czuję tam na sobie wymowne spojrzenia „życzliwych”, które mówią: „No tak, Mariuszek znowu taki dziwny, znowu się niby spisał, a jednak nie za bardzo”. Z lękiem obserwuję następujące po sobie przemarsze faryzeuszy, wyorderowanych postaci polskiej kinematografii, szarych i purpurowych eminencji, które ferują nudne wyroki. Zawsze, gdy ktoś mówi mi o spiskowych wizjach świata, mam do tego dystans. Świat nie jest owocem spisku. Ale polska kinematografia, owszem, bywa spiskowa i układowa. Oficjalne pochwały i łaski (które, niestety, przekładają się na kasę na filmy) są regulowane przez szemrany klan urzędników i artystów, który zazwyczaj promuje same poczciwe kaszany. Dla nich film typu „przychodzi baba do lekarza” to absolutny ideał twórczości filmowej w tym kraju.

Ł.M.: W takich okolicznościach czujesz się outsiderem?

M.G.: Ale co to znaczy?

Ł.M.: Zarówno w kinie, jak i w teatrze trudno cię wpisać do jakiejkolwiek grupy. Ani off, ani centrum; ani na lewo, ani na prawo; nawet nie mieszkasz w Warszawie... Myślę, że kłopot z Grzegorzkiem polega również na tym, że jesteś zbyt sprawny warsztatowo, żeby ochrzcić cię epitetem „oszołom” albo „pozer”.

M.G.: Oto myśl złota: wszystko już było... Jeśli w dzisiejszej sztuce coś ma prawdziwe znaczenie i wartość, to tylko wtedy, jeśli mądra, otwarta myśl, poczucie sensu wyrażone zostanie w harmonijny, intrygujący formalnie sposób. Nie jestem pozerem, bo od dawna niczego nie udaję. I nie jestem oszołomem, bo za pomocą mądrej, poszukującej formy filmowej staram się konstruować swoje świadome komunikaty. Sztuka jest porządkowaniem świata.

grzegorzek 3

Ł.M.: Szybko osiągnąłeś w kinie sukces.

M.G.: Czy ja wiem? Zrobiłem trzy filmy – jeden po drugim. Dwa krótkometrażowe: „Krakatau” (1988) i „Robak” (1989) oraz fabułę – „Rozmowę z człowiekiem z szafy” (1993) według opowiadania nikomu wówczas nieznanego Iana McEwana. Zaczął się boom. Nominacja do studenckiego Oscara, egzotyczne podróże, kilkadziesiąt międzynarodowych festiwali, na czele z udziałem „Rozmowy” w głównym konkursie festiwalu w Wenecji. Ale w momencie, kiedy wydawało się, że robię jakąś szaloną, jak na nasze warunki, karierę, zrozumiałem, że oderwałem się od meritum. Kompletnie mnie to nie pociągało. Te wszystkie konkursy, filmowe totolotki i koła fortuny to jest jakaś paranoja. Nie jestem gotowy na jakąkolwiek formę agresywnej obecności medialnej, spotkania z podejrzanymi szamanami z branży. Wiedziałem, że muszę natychmiast coś w sobie uporządkować, złapać dystans, bo inaczej zwariuję.

Ł.M.: „Jestem twój” to powrót wiary w kino?

M.G.: Jeszcze nie wiem. Uważam, że sztuka jest rodzajem wyrafinowanej gry pomiędzy autorem a widzem. Im bardziej gra jest skomplikowana i wieloznaczna, a efekt artystycznych poszukiwań niewiadomy, tym ciekawsze staje się jej „konsumowanie”. Nie wiem, jak tym razem skończy się nasz „posiłek”...

grzegorzek 5

Ł.M.: O „Jestem twój” pisze się: „kino ambitne, nisza, rzecz dla koneserów”; ale także: „kino popularne, emocjonalny melodramat, psycho-thriller”...

M.G.: Psycho-thriller – to jest to! (śmiech). Nienawidzę bezradnych dookreśleń sprowadzających wszystko do jednoznacznego mianownika: muzyka alternatywna, film offowy, piosenka poetycka, malarstwo portretowe. To smutny szablon nazewniczy, w ramach którego coś, co z założenia jest skatalogowane jako „słuszne i ambitne”, w wielu wypadkach okazuje się ciężką grafomanią. Dlatego intuicyjnie tropię rzeczy, które nie są oczywiste, nie pasują do wygodnego schematu. Dzisiaj, jadąc na wywiad, słuchałem zespołu Broadcast. Niby banał, popowa muzyczka, w sam raz na podróż. Aż nagle, po kilku sekundach, w linii melodycznej pojawia się jakiś kosmiczny niepokój, który wytrąca z przyjemnego nastroju… czarna słodycz, chwytliwa melodia i strach... Takie przejścia są dla mnie ideałem. Słodko, słono, kwaśno, gorzko.

Ł.M.: Tak jakbyś mówił o „Jestem twój”…

M.G.: Bo ten film jest właśnie jak dobra popowa piosenka. Tandetne układy męsko-damskie, siostra kosmetyczka, siostra dentystka, biznesmen, apodyktyczna mamuśka, niechciana ciąża, brutalny latino kochanek – przecież to telenowela brazylijska! Siłą dramatu Judith Thompson, na którym bazuje scenariusz filmu, jest jednak – jak mi się wydaje – okrucieństwo dramaturgicznej perspektywy. W „Jestem twój” z elementów z założenia trywialnych i infantylnych zaczynają tworzyć się powiązania i sensy, których się nie spodziewamy. Na landszafcie wyrasta dziwny tumor. Wielki grzyb. Życie. Przejmująca prawda.

Ł.M.: Charakteryzując bohaterów filmu, powiedziałeś kiedyś, że w tym samym momencie wciągają kokę i piją melisę. Zabawne, trafne.

M.G.: Jestem czuły na stan, który określam „spektaklem życia”. Życie zmusza nas, żeby spełniać określone role. Wpisywać się w skostniałe funkcje i wzorce kulturowe, sprawdzać się w ich ramach, co jest źródłem nieustannej psychozy i frustracji. Trzymamy się jakoś, uspokajamy i znieczulamy. Ale czasami melisa zamienia się w kokę. Następuje „awaria urządzenia”. Nie chodzi tylko o zachowania histeryczne, depresje i załamania, ale także o nagłe erupcje jasnych stron naszej osobowości, jakiegoś bezinteresownego człowieczeństwa, skrywanego gdzieś w ciemnym kącie. Uważam, że – podobnie jak w życiu – pełna filmowa postać nie posiada jednego potencjału, lecz mieni się ogromną paletą cech i możliwości.

Ł.M.: W tobie jest więcej melisy czy koki?

M.G.: Ziółek z babcinej apteczki zdecydowanie mniej. Jestem spontaniczny, ekstrawertyczny, szczery do bólu w bezpośrednich reakcjach. Nie uznaję zasad dyplomacji, fałszywego savoir-vivre’u. Zrażam tym do siebie wiele osób. Wszyscy wiedzą, że w moim przypadku nie mogą liczyć na oportunistyczne głaskanie. Na filiżankę melisy. Nie twierdzę, że to zaleta. Taki po prostu jestem.

Ł.M.: Wczoraj było mi smutno, przez cały dzień. Nie wiedziałem, skąd to przygnębienie, ale wieczorem, po spotkaniu ze znajomym, wszystko nagle się zmieniło. Promieniałem. Reakcje bohaterów „Jestem twój” zmieniają się w podobnym szyku. Ze skrajności w skrajność.

M.G.: Dobra dramaturgia jest jak łyk mocnego alkoholu. Zmienia nasz wewnętrzny stan skupienia. Prawdziwa sztuka nie polega na stawianiu diagnoz, dawaniu wskazówek, jak żyć, czuć i kochać. Polega na zadawaniu pytań i nieudzielaniu odpowiedzi.

grzegorzek 4

Ł.M.: Takie są dramaty kanadyjskiej pisarki, Judith Thompson. „Jestem twój” to twoje trzecie spotkanie z prozą tej autorki. W 2006 roku, w Teatrze im. Jaracza w Łodzi, wyreżyserowałeś „Lwa na ulicy”, rok później „Habitat”.

M.G.: Od dekad ulubioną anegdotą Łódzkiej Szkoły Filmowej jest hollywoodzkie przykazanie, że jeżeli reżyser nie jest w stanie streścić swojego przyszłego filmu w trzech zdaniach, to na pewno nie zdobędzie pieniędzy w Hollywood. Tekstów Judith Thompson nie można streścić w ten sposób.

Ł.M.: Nazwałeś ją kiedyś „dramaturgicznym chuliganem”.

M.G.: Bo to straszny chuligan. Jest migotliwa, przekorna, kiczowata i okrutna. Niczego się nie boi, jest wierna sobie.

Ł.M.: A ty? O czym robisz filmy, spektakle? Tak w trzech zdaniach.

M.G.: O tym, że wszyscy jesteśmy skrzywdzeni, skazani na wieczną poniewierkę, udrękę: małe sierotki. Zostajemy nimi do końca życia, bez względu na wiek. I że to jest w jakiś specyficzny sposób piękne – o tym opowiada „Jestem twój”.

Ł.M.: Udało się. Trzy zdania.

M.G.: Hollywood welcome to (śmiech).

Ł.M.: Kiedy kręciłeś debiut, „Rozmowę z człowiekiem z szafy”, próbowano cię odwodzić od niektórych pomysłów, ingerowano w pracę?

M.G.: Nie, zawsze byłem stuprocentowo niezależny. Nawet jeżeli ktoś próbował cokolwiek mi narzucać, ostro stawiałem opór – zresztą profesor Wojciech Has był wspaniałym opiekunem i dawał ogromną artystyczną wolność.

Ł.M.: „Jestem twój”, film pokazywany w głównym konkursie festiwalu w Montrealu, ale także w Pusan i na kilkunastu innych międzynarodowych festiwalach, powstał przy minimalnym budżecie.

M.G.: Budżet to za dużo powiedziane. Ten film powstał za śmieszne pieniądze. To nie jest kino, na którym się zarabia. Ale nie mówię tego, by narzekać. Tak powinno być.

Ł.M.: To może byś coś w 3D zrobił? Dla kasy?

M.G.: Już zrobiłem. „Historię piwem pisaną” – na zamówienie Muzeum Piwowarstwa w Tychach, ale tego nie dawaj do wywiadu.

Ł.M.: Dlaczego, fajne.

M.G.: Upadnie mit outsidera (śmiech).

Ł.M.: Nie bardzo, przecież cały czas robisz różne dziwne rzeczy. Od genialnych teledysków Kory, poprzez plenerowe wizualizacje koncertów, kończąc na kolażach plastycznych i wyrafinowanych plakatach. Ciągle podróżujesz, reżyserujesz. Co na przykład robiłeś teraz w Chinach?

M.G.: Chopina. Na zaproszenie Instytutu Mickiewicza przygotowywałem inscenizacje i wizualizacje do koncertu „Różne oblicza Chopina”. W Szanghaju, Pekinie i w jeszcze jednym miasteczku. Takim niewielkim, raptem dziesięć milionów mieszkańców...

grzegorzek_kolakŁ.M.: Objawieniem „Jestem twój” jest rola Doroty Kolak, ale lista aktorów, którzy – w teatrze lub kinie – zagrali u ciebie najważniejsze albo przełomowe role w karierze, jest naprawdę długa: Gabriela Muskała, Mariusz Jakus, Ireneusz Czop, Dorota Pomykała, Bożena Adamek, Janusz Gajos, Joanna Szczepkowska, Rafał Olbrychski, Marieta Żukowska…

M.G.: Pracuję z aktorami na „energiach”. Co to znaczy? Nie lubię słów, które są strasznie „na temat”, intensywnego tłumaczenia zachowań postaci, badania motywacji itd. Niezbędnym warunkiem aktorskiej intensywności jest natomiast zdarcie wypracowanej maski. Próba odkrycia czegoś niezwykłego, gotowość na otwarcie. Żeby to osiągnąć, potrzebne jest zaufanie, energetyczny przepływ pomiędzy mną a aktorem. Ponad słowami.

Ł.M.: Pokazujesz aktorom, jak mają grać?

M.G.: Prawie każdy reżyser jest schizo-aktorem. Podczas prób rzucam się na scenie, „kurwuję”, „chujuję”, miewam stany okołopadaczkowe. Ale to wszystko potrzebne jest bardziej mnie, a nie aktorom. Być może daję im znak, że chciałbym, aby pozbyli się niepotrzebnych, emocjonalnych i fizycznych blokad, poszli na maksa… To wampiryczna relacja. Ale nie chodzi o żaden szamanizm. Kiedy pojawia się kryzys, a sytuacja wymyka się spod kontroli, potrafię, jak mi się wydaje, nazwać rzeczy w sposób techniczny, treściwie i precyzyjnie. Czuję, które elementy trzeba połączyć ze sobą, żeby konstrukcja roli się nie zawaliła. Neuroza i precyzja. Dziwne połączenie.

grzegorzek 1

Ł.M.: Melisa i koka…

M.G.: No tak. Chociaż często słyszę, że: „Grzegorzek świruje po staremu” albo „ciągle się powtarza”. Wydaje mi się, że robię różne rzeczy, nie jestem więźniem jednego stylu. Przecież „Dybuk” i „Blask życia” w teatrze to były dwie kompletnie nieprzystające do siebie propozycje, a „Królowa aniołów” i „Jestem twój” to zupełnie różne filmy.

Ł.M.: Zgoda, ale przecież zawsze w końcu pojawia się jakiś motyw, który przynależy wyłącznie do ciebie – twojej wyobraźni i fascynacji. Jak rojowisko pszczół wylatujących ze ściany w „Jestem twój”.

M.G.: „Jestem mój”. Czyli swój.

Ł.M.: A może ciebie nie ma?

M.G.: Może nie ma? Może to wszystko to stylizacja wymuszona i czysto zewnętrzna. Może jestem dziwnym, fantomatyczno-schizoidalnym kalafiorem?

Ł.M.: Zaniemówiłem.

M.G.: Koka czy melisa?

 Rozmawiał: Łukasz Maciejewski /FILM/

logo_krakatauZdjecia użyte w tekście pochodzą z materiału zakulisowego towarzyszącego wydaniu DVD. Dystrybutorem filmu jest firma KRAKATAU.


RECENZJA FILMU JESTEM TWÓJ

Newsletter - przyłącz się!
Bądź na bieżąco, podaj swój e-mail, odbieraj newsy i korzystaj z promocji.
  Wybierz najbardziej interesujący dział, 
  a następnie kliknij Zapisz się.