COVER FESTIVAL: FUNDAMENTY ROCKA. 25.05.2013 - HALA KAPELUSZ - PARK ŚLĄSKI CHORZÓW

Mimo, że data drugiej edycji Cover Festivalu była zaplanowana na 25 kwietnia, została przełożona na 25 maja. Tym razem tematem przewodnim imprezy była muzyka zespołów Deep Purple i Led Zeppelin, a festiwal był poświęcony pamięci Jona Lorda i Jasona Bonhama.

Oficjalnie rozpoczęcie imprezy było planowane na godzinę szesnastą. Jednak pierwsze dźwięki ze sceny padły dopiero po siedemnastej.

Jednak najpierw parę słów wstępu.

Pierwsza edycja Cover Festivalu okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie lada sensacją okazały się fenomenalne występy 4 Szmerów, zespołu gwiazd pod nazwą Luczyk Band i Złych Psów. Występ tego ostatniego artysty był prowokujący, butny i szczerze bezczelny, ba, wychodzący poza ramy utartych konwencji. Sprawił, że udział w kolejnych edycjach festiwalu stał się dla mnie faktem. Świetne recitale zespołów biorących udział w pierwszej edycji Cover Festivalu, były wynikiem ogromnej wiary muzyków w uczestnictwie w czymś wyjątkowym. Sprawiał im ogromną satysfakcję i radość z grania tego, na czym wychowali się. To przyczyniło się do tego, że nabrało sensu dalsze organizowanie kolejnych jego edycji.

Niestety chorobliwie zabrakło muzyki Motörhead podczas I edycji. Raptem tylko „Iron Fist” zagrał 230 Volt z Foremanem jako gościem specjalnym…

Zdecydowanie się organizatora nie na gwiazdy spoza głównego nurtu ciężkiego grania, tylko zespoły pozbawione rutyny, okazało się sporym atutem imprezy. Tribute-cover bandy nie przyszły tu otwierać horyzontów na nowe, oryginalne, alternatywne wersje klasyków rocka, choć to tego nie wyklucza, ale bawić się w kultywowanie zasad plemiennego rocka.

Udział w festiwalu zespołów takich jak AC / DC UK, Black Sabbath Revival Band czy Deeply Purple było jedyną taką okazją. Trzeba wiedzieć, że są to grupy funkcjonujące poza oficjalnym obiegiem, nie wydające płyt studyjnych, tylko występujące na żywo. Obejrzenie ich w akcji to możliwość nie tylko porównania z oryginałami, ale i stwierdzenia, że czasem kopia brzmi lepiej albo inaczej od oryginału.

Wysoko podniesiona poprzeczka pierwszej edycji sprawiła, że kolejna, zatytułowana „Fundamenty rocka” była trudna, ale zdobyta.

Na początku było „Made In Japan”

Grupą, która zainaugurowała II edycję Cover Festivalu była warszawska Made In Warsaw. Powstała z okazji celebrowania czterdziestej rocznicy premiery „Made In Japan” Deep Purple na imprezie zatytułowanej Memoriał Jona Lorda. Odbyła się 17 sierpnia 2012 roku i polegała na zagraniu na nim w całości tegoż albumu.

W składzie MIW znajduje się Robert Kazon Kazanowski, Adam Panasiuk, Łukasz Jakubowicz, Mikulski Jakub i występujący pod pseudonimem OI Zeus IO, ex-basista Delhy Seed.

W przeciwieństwie do innych wykonawców grających muzykę DP, Made In Warsaw nie postawiło na najbardziej znane przeboje, a zagrało reprezentatywne kawałki dla prawie każdego z okresów DP. Zaczęli od gillanowskiego repertuaru, który zaprezentował dynamiczny „Pictures Of Home”, potem przeszli w okres panowania w DP Davida Coverdale’a grając nośny, koncertowy „rozkręcacz” „Lady Double Dealer”, po czym znów zahaczyli o Gillana w „Strange Kind Of Women”. Po pojedynkach gitara-wokal sięgnęli po balladę „Soldier Of Fortune”. Nie zabrakło „Hush”, „Cascades (I’m Not Your Lover Now)” z pierwszego albumu ze Stevem Morse, nie granej już od lat przez DP „Anyi” i wyścigowego „Speed King”. Grupa finiszowała rozbudowaną, psychodeliczną wersją „Space Truckin’ ”.

Mimo że zespół nie zawsze był zgrany w punkt, wokalista mimo świetnego głosu ma jeszcze trochę do nauczenia się w kwestii „robienia show”, a improwizowane fragmenty bywały za długie, to jednak jak na rozpoczęcie festiwalu było lepiej niż można było spodziewać się. Zespół mimo niewielkiej frekwencji, dał koncert może za długi, ale barwny. Basista, który prowokował swoim wystylizowanym wyglądem damską część publiczności, pokazał, że oprócz świetnego wizerunku i obycia z estradą, potrafi grać na basie odważne solo podczas wydłużonej wersji „Space Truckin’ ”. Z kolei klawiszowiec o wyglądzie młodego Glena Hughesa pokazał, że potrafi grać nie gorzej niż Jon Lord za młodzieńczych lat.

Czas na ołowiany sterowiec w wersji Made In Germany

Grupą która zaprezentowała muzykę Led Zeppelin był berliński Lord Zeppelin.

Mam mieszane uczucia co do muzyki granej przez wszelkie niemieckie zespoły. Zazwyczaj są to zespoły grające solidnie, dosadnie, rzadko jednak z finezją i lekkością. Tu było podobnie.

Zespół zagrał wszystkie najważniejsze kompozycje Led Zeppelin: „Immigrant Song”, „Good Times Bad Times”, „Since I’ve Been Loving You”, „Black Dog”, „No Quarter”, „Ocean”, „The Rover”. Koncert na dobre „zaskoczył” jednak dopiero, gdy grupa zagrała „Stairway To Heaven”, „Kashmir”, a na sam koniec „Rock’N’Roll”. Zagrany na bis „Whole Lotta Love” sprawił, że przez moment przeszedł mnie dreszcz.

Mimo wysiłków Niemcy dali dobry, solidny warsztatowo koncert, ale brakło mu odrobiny lekkości i adrenaliny. Dało wyczuć się dystans między nim, a publicznością. Wokaliście który dysponuje pewnością siebie, ma opanowane sceniczne zachowanie, zabrakło tego dnia szczęścia, żeby publiczność przywitała go ciepło. Jednego jednak Niemcom nie można zarzucić – zwłaszcza gitarzyście grupy, jakim jest Uwe Kerm – świetnego warsztatu i tego, że dał z siebie wszystko. Zespół robił co mógł, ale tak naprawdę Hala Kapelusz dopiero zaczynała zapełniać się. Mimo świetnej gitary zabrakło porządnego uderzenia perkusji.

Koncert wieczoru

Mimo że pochodzący z Zagłębia Kruk nadal szuka wokalisty, to na Cover Festival zespół wspierał Roman Kańtoch. Grupa wyłoniła go w ramach castingu na nowego wokalistę grupy. Nie jest to jednak następca Tomasza Wiśniewskiego, który opuścił Kruka po blisko dekadzie, tylko jedyna osoba zdolna udźwignąć ciężar uczestnictwa w takiej imprezie.

Muszę z ręką na sercu przyznać, że niespełna trwający trzy kwadranse koncert Kruka, który przeleciał jak huragan, stał się objawieniem tej edycji festiwalu. Na pewno nie ustępował koncertowi Luczyk Band.

Kruk zagrał tylko albo aż sześć kompozycji: „Burn”, balladę „Gypsy”, „Black Night”, „Knockin’ At Your Back Door”, „Stormbringer” i „Child In Time”, ale zrobił to perfekcyjnie i z natchnieniem.

Chłopaki mieli swoje własne „Made In Europe”.

Tu nawet nie chodzi o to, że Kruk zagrał akurat te utwory, a nie inne. Chodzi o to, że zagrał je z werwą typową dla młodego, wygłodniałego sukcesu wilka i z prawdziwym ognistym temperamentem, tak jak zrobiłby to w 100% anglosaski wzorzec. Klasyka DP w interpretacji Kruka zabrzmiała w Kapeluszu świeżo i bez kompleksów. Grupa pokazała, że muzykę purpurowych potrafi zaprezentować jak swój własny repertuar i odcisnąć w nim swoje piętno.

Już od pierwszych taktów „Burn” czuć było w gitarze Brzychcego pasję, warsztat, opanowanie, ale zarazem finezję i dogłębną znajomość muzyki Deep Purple z okresu panowania Blackmore’a z wszystkimi smaczkami aranżacyjnymi i zagrywkami. Zagrane w interpretacji Kruka kompozycje „purpurowych” nie były li tylko odegraniem jego repertuaru, ale czymś wyjątkowo krwistym. Kruk zaprezentował muzykę DP momentami lepszą niż jego oryginalny skład z najlepszych lat, z większą ilością swobody i radości wynikającej z możliwości pokazania tego światu.

Brzychcy ubrany w czarny surdut z fenderem stratocasterem wyglądał prawie jak Blackmore. Nawet jego zwyczajem zdewastował w finale koncertu gitarę. Pełniący rolę wokalisty Roman Kańtoch, mimo, że piosenki czytał nieomal z kartki czy laptopa, doskonale sprawdził się jako showman. Pokazał że potrafi porządnie „drzeć ryja”, nie ma problemu z wyciągnięciem najwyższych partii w „Child In Time”, a robienie show a la David Lee Roth ma w jednym palcu. Jedyne, co bym zmienił w jego scenicznym wizerunku to fryzurę (błagam, tu trzeba mieć długie włosy!!!) i strój (biała koszula była koszmarna, mimo, że stylizowana na Davida Coverdale’a).

Czas na gwiazdy

Występem Made In Warsaw z gościem specjalnym jakim był Ryszard Sygitowicz rozpoczął się kolejny koncert, będący rodzajem wstępu do gwiazdorskiego show w najlepszym tego słowa znaczeniu: Luczyk Band.

Made In Warsaw wraz z ex-gitarzystą Perfectu rozpoczął od „Lazy”, która przeszła płynnie w „Highway Star”. Nie powiem, było ostro, blues rockowo (świetna harmonijka w środkowej części „Lazy”), ale po Sygitowiczu spodziewałem się czegoś ekstra. Tymczasem miałem wrażenie, że mimo uśmiechu nie schodzącego z jego twarzy, zagrał swoje partie zaledwie poprawnie, ani przez moment nie zaszarżował. Nie wiem nawet czy granie tej muzyki w ogóle go bawiło. Za to muzyków Made In Warsaw jak najbardziej.

Zdecydowanie podniosła się temperatura koncertu, gdy ze sceny usłyszeliśmy zeppelinowski „Black Dog”. To ten kawałek rozpoczął wspólny występ Luczyk Band oraz muzyków Made In Warsaw.

Prawdziwe show i koncert gwiazd zaintonowały gitary akustyczne Brzychcego i Luczyka grającego „Stairway To Heaven” z Kańtochem na wokalu. Zespół gwiazd wyciągnął tym samym największego asa pikowego z rękawa. Jednak nie ostatniego tego wieczoru. Gdy miejsce na wokalu zajął Maciej Lipina, na co dzień wokalista Ściganych, a zespół zaintonował „When A Blind Man Cries”, owacjom nie było końca. Jednak temperatura w Kapeluszu osiągnęła stan wrzenia, gdy ze sceny usłyszeliśmy „Perfect Strangers” i zagraną przez wszystkich muzyków czadową wersję „Smoke On The Water” zaśpiewaną chóralnie przez publiczność. Było super, ale zbyt krótko.

Ostrzejszy odcień purpury

Było już dobrze po dwudziestej drugiej, gdy na scenie pojawił się brytyjski Deeply Purple, zespół, który według zachodnich krytyków jest najlepszym zespołem grającym covery Deep Purple.

Grupa dosłownie walnęła ze sceny półtoragodzinny set. Zaczęła mocno od „Speed King”, przeszła jak tornado przez „Strange King Of Woman”, „Lazy”, sięgnęła płynnie po purplowski repertuar z okresu Glen Hughes-David Coverdale w postaci „Mistreaded”, „You Fool No One”. Było „Fireball”, „Woman From Tokyo”, „Space Truckin’ ”, „Highway Star”, a na bisy „Smoke On The Water”.

Mimo że muzycy wyglądali cokolwiek komicznie (efekt zamierzony?), byli ubrani w tanie ciuchy z epoki, a na głowach mieli tandetne peruki z wyjątkiem wokalisty posiadającego własną bujną fryzurę, to pokazali, że potrafią przez równe dziewięćdziesiąt minut dać czadu bez spuszczania nogi z gazu. Wystylizowany na Blackmore’a gitarzysta, ani przez chwilę nie wychodził ze swojej roli, mimo, że o północy ostały się tylko resztki publiczności. Grał drapieżnie, szybko, ostro i bez ani jednego potknięcia. Widać było, że tak jak reszta zespołu, z niejednego pieca chleb jadł. Miał też swoje efektowne solo gitarowe, podczas którego widowiskowo zdewastował fendera stratocastera, którego resztki powędrowały do publiczności. Momentami miałem przed oczami nie Cover Festival, a udaną rekonstrukcję słynnego filmu Deep Purple „California Jam ‘74”. Swoje ogniste solo na klawiszach dał również klawiszowiec.

Bez dwóch zdań Deeply Purple dał wyścigowy koncert-lekcję, który powinien zobaczyć każdy młody adept muzyki. Była dyscyplina, czad i żadnej taryfy ulgowej.

Druga edycja Cover Festivalu, zatytułowana „Fundamenty rocka” dobiegła końca grubo po północy. Ci, którzy dotrwali do finału, dostali to, po co przyszli, po brytyjskiego hard-rocka zagranego przez cover-tribute band z prawdziwego zdarzenia. Teraz trzeba czekać na trzecią edycję Cover Festivalu, zatytułowaną „Giganci metalu”. Jego bohaterami będzie muzyka Metalliki i Slayera.

Tekst i zdjęcia: Marcin Kaniak

Newsletter - przyłącz się!
Bądź na bieżąco, podaj swój e-mail, odbieraj newsy i korzystaj z promocji.
  Wybierz najbardziej interesujący dział, 
  a następnie kliknij Zapisz się.